Menu

Wyszukiwanie

O. Federico Lombardi SJ

Tekst wspomnień przesłany przez o. Federico Lombardiego SJ, rzecznika prasowego Watykanu, na prośbę PGP z racji 100. rocznicy urodzin o. Riccardo Lombardiego SJ.


Autor tych wspomnień jest bratankiem ojca Riccardo Lombardiego, jak on, jezuitą. Jednak o. Riccardo nie miał, jak można by pomyśleć, bezpośredniego wpływu na powołanie zakonne Autora, który spędził swoją młodość w Turynie, więc rzadko i krótko spotykał się z nim przed wstąpieniem do nowicjatu. Nawet potem ich drogi w Towarzystwie Jezusowym były różne a wspólne spotkania raczej rzadkie. Oczywiście, relacje rodzinne zawsze mają pewną wartość, pozwalającą na taką znajomość, która może wymykać się uwadze innych obserwatorów. W tym przypadku wzmacnia to jeszcze przynależność do tej samej rodziny zakonnej. Z pewnością ci, którzy przez długie lata ściśle współpracowali z ojcem Riccardo są bez wątpienia bardziej uprawnionymi świadkami mówienia na jego temat, co nie wyklucza, że także Autor mógłby dodać coś „wartościowego”. (...)

Wspomnienia

W okresie jednej z licznych jego chorób – dziś nie jestem w stanie dokładnie ustalić kiedy – ojciec Riccardo był leczony w jednej z rzymskich klinik. Znajdował się w bardzo poważnym stanie, który powodował także pewnego rodzaju braki w świadomości. Nawet nie pamiętam, czy było to z powodu przyjętych leków, czy też z innej przyczyny – w każdym razie nie był w stanie samemu odprawiać Mszy św. Z tego powodu ze znajomymi księżmi wymienialiśmy się codziennie, żeby koncelebrować z nim w szpitalu.

I choć w tamtych dniach nie można było z nim normalnie porozmawiać, to pamiętam, że gdy tylko rozpoczynała się celebracja Mszy – od „W imię Ojca…” – on natychmiast uważnie czynił znak krzyża, przyjmując dostojną postawę skoncentrowania i głęboko religijnego szacunku, bez trudności i najmniejszego błędu śledził całą celebrację. Gdy tylko msza się skończyła, od razu wracał do poprzedniego stanu…

Płytszy „poziom” jego świadomości był zakłócony, jednak jego głębsza świadomość wciąż była pełna uwagi. Budziła się natychmiast i doskonale reagowała, gdy tylko rozpoczynał się najbardziej fundamentalny akt jego kapłańskiego życia. Tak przynajmniej sobie to tłumaczyłem. Nigdy nie zapomniałem tamtych koncelebr przy szpitalnym stoliku, w przekonaniu, że ten człowiek wyjawił mi wówczas swoją najprawdziwszą tożsamość.

Język ojca Riccardo charakteryzował sposób rozmowy z Jezusem. Był niezwyczajny do tego stopnia, że wielu – co można zrozumieć – to dziwiło, jeśli nie irytowało. „Jezus mi powiedział…”, „Jezus tak chce…” – takie wyrażenia z łatwością były uznawane albo za przesadne, albo za objaw zbytnio egzaltowanej „profetycznej” samoświadomości. Jakkolwiek by było, to taki język ojca Riccardo, którym troszczył się o osobistą więź z Jezusem, był zdecydowanie bardziej zachęcający od abstrakcyjnych określeń wielu teologów i ludzi Kościoła. Zresztą nie przypadkowo oni raczej mówią o „Chrystusie”, żeby nie wychodziła na jaw ich egzystencjalna relacja z Jezusem.

W tej perspektywie łatwo rozpoznać w ojcu Riccardo oryginalny ślad duchowości Towarzystwa Jezusowego, którą on sam odkrywał i pogłębiał od początku swojego życia zakonnego poprzez „Ćwiczenia duchowe” św. Ignacego Loyoli, przekonany, że „musi żyć jak zwykły instrument, według woli Bożej”. Nieprzypadkowy jest tytuł, jaki ojciec Virginio Rotondi – z pewnością najbliższy mu jezuita, który znał go najlepiej – nadał pięknemu wspomnieniu pogrzebowemu o ojcu Riccardo: “Życie zdobyte przez Chrystusa”.

Wszyscy znawcy ojca Riccardo dają świadectwo, że cechowało go głębokie i wymagające życie duchowe i dużo modlitwy. Jego kaznodziejstwo zrodzone było bardziej z długich chwil skupienia i rozmyślania niż z koncepcyjnego artykułowania przemyśleń lub z opracowywanych tekstów. Ks. Araldo Chierici wspomina, że choć o. Lombardi, wciąż przemawiał „do różnorodnych grup, to nigdy nie był związany wcześniej ustalonym tekstem”.

Inny aspekt ojca Riccardo, z którym jezuici z łatwością się rozpoznają, to stosowana przez niego całościowa wizja historii, jako konkretne miejsce konfrontacji Boga z Szatanem, dobra ze złem. Tu toczy się gra o zbawienie człowieka, nie tylko pojedynczych osób, ale także narodów i w ogóle rodziny ludzkiej.

Temat ten jezuici rozważają od pierwszych dni swojego życia zakonnego, starając się odnaleźć własną rolę w tym wielkim dramacie wszechświata. Takie są podstawowe medytacje i kontemplacje z „Ćwiczeń duchowych” o Królestwie Chrystusa, o Wcieleniu… We wspomnieniach ks. Chiericiego o tym, że „o. Lombardi miał tylko jedno zmartwienie, czy nawet obsesję, czyli stałą głęboką przemianę świata według zamysłu serca Bożego i wymagań Ewangelii”, odczuwa się echo tej łaski, o której mówił św. Ignacy Loyola, gdy zachęcał do modlitwy o to, żeby Pan zabrał nas do służby na rzecz swojego wielkiego Działa zbawienia.

Rzeczywiście, gdy pomyślimy, że pierwsze dzieło ojca Riccardo nosi tytuł „Zbawienie tych, którzy nie mają wiary – kłopotliwy problem” (1938), a drugie „Historia i jej protagonista” (1942), zaś ostatnie – „Kościół i Królestwo Boże” (1976), poświęcone idei Królestwa Bożego, czyli dziełu oraz zbawczej obecności Boga wśród wszystkich ludzi, która przekracza także granice widzialnego Kościoła, to dostrzeżemy wyraźną jedność duchowej i apostolskiej drogi tego człowieka. Teologiczne ramy zmieniały się, ale motywacja i tematyka pozostały takie same – a nawet, jak bez wątpienia można powiedzieć za ks. Chiericim, były „obsesyjnie te same”, czyli: Boży plan zbawienia i jego realizacja. O. Riccardo był nie tyle intelektualistą, albo teologiem (choć jego pierwsza książka była owocem pracy doktorskiej z teologii). On był przede wszystkim apostołem i kaznodzieją. Co nie neguje, że był na bieżąco z refleksją teologiczną. Szczególnie entuzjastycznie przyjął w swoich ostatnich latach teologię „Królestwa Bożego”, która otwierała szerokie horyzonty właśnie na kwestię zbawienia wszystkich narodów. Sam więc skutecznie włączył to w swoje przepowiadanie, stając się propagatorem i szerzycielem tej tematyki. (...)

W końcu ostatnie uwaga. Od kilkunastu lat pracuję w radiu, ściślej w rozgłośni Radia Watykańskiego. Rozmawiając ze swoimi współpracownikami, często mówię, że radio jest potężnym środkiem pomagającym i wzmacniającym głos ludzki w przekazywaniu danego przesłania. Jednak przesłanie to nie rodzi się w ustach i nie kończy w uszach. Ono rodzi się z serca i powinno dotykać serca. Ludzki głos, jego modulacje, mają niezwykłą moc objawiania tego, co znajduje się w sercu. Podkreślam, nie tylko w głowie, ale właśnie w sercu.

Słynnym przydomkiem ojca Riccardo było nazywanie go „Mikrofonem Boga”. Rzeczywiście niewielu w takim stopniu, jak on w latach wielkiego przepowiadania, umiało i mogło wykorzystywać mikrofon. Jednak to nie obraz, albo gest poruszał serca. Zapewne osobowością telewizyjną by się nie stał. Miał jednak głos, może niezbyt piękny, ale maksymalnie sugestywny i zdolny wyrażać tę pasję, która obejmowała jego serce całkowicie zaangażowane w to, żeby wejść w syntonię zarówno z często intensywnymi oczekiwaniami słuchaczy naznaczonych przez ogromną tragedią wojny, jak i z drugiej strony być w zgodzie z Ewangelią, lub też, jak on sam wolał mówić – być w syntonii „z Jezusem”. Myślę, że tej misji pozostał on szczerze wierny, także wtedy, gdy głos mu już osłabł a grono słuchaczy się zmieniło.      

 Federico Lombardi SJ

Tłumaczenie tekstu ks. Mirosław Grendus

Facebook PGP

Blog Grupy światowej

Listy do Parafian

Radio Watykan

Episkopat PL

Rosary for persecuted

Licznik

Liczba wyświetleń strony:
5570